Fragment listu Bolka, pisarza grodowego z Warcina do Jaromira ze Świn, historyka
(...) Tegoż roku, gdy Vistan, zwany Srebrną Włócznią, z woli możnych i pospólstwa siedmiogrodzkich grodów mężem nad mężami i Protektorem ogłoszony został, zrozumiał ów mądry wódz rzecz, której wielu przed nim pojąć nie potrafiło: że w wielości grodów tkwi zarówno siła Siedmiogrodów, jak i ich słabość odwieczna.

Albowiem gród każdy dumę swoją wielką żywił i o pierwszeństwo nad innymi od wieków się spierał, a osadzenie stolicy w Świnach, Bolkowie czy innym z siedmiu grodów rozżarzyłoby na nowo waśnie, które dopiero niedawno uśmierzone zostały. I Świnianie rzekliby, że to ich zasługa, iż Vistan władzę objął, a Bolkowianie by im odpowiedzieli, że to właśnie ich gród najprzedniejszy i najstarszy, i kłótnia trwałaby bez końca, ku pożytkowi wrogów a ku klęsce całej krainy. Jak mawiają mądrzy ludzie: daj dwóm Siedmiogrodzianom jeden gród do zarządzania, a w tydzień będziesz miał trzy frakcje i dwa spiski. Vistan to wiedział.
Przeto Vistan, w mądrości swojej, nakazał wznieść nowy gród na miejscu dotąd niezamieszkałym, na wzgórzu, pośród lasów, które nikomu jeszcze nie przynależały i niczyjej dumy nie karmiły. I nazwał ów gród Warcinem, a w nim kazał stanąć izbie rady i salę wielką zbudować, gdzie delegaci wszystkich siedmiu grodów zasiadać mogą jako równi między równymi, bez pierwszeństwa jednych nad drugimi. Czy faktycznie zasiadają jako równi, to już inna historia, i kronikarz nie jest na tyle naiwny, by w to wierzyć.
I była to decyzja iście roztropna, godna nie ragovarskiego barbarzyńcy z toporem, lecz prawdziwego męża stanu. Choć, nawiasem mówiąc, barbarzyńcy z toporem też Vistanowi nie brakowało - po prostu wiedział on dobrze, kiedy topór ów odłożyć należy.
Gród zaś, choć młody wiekiem, rośnie w siłę z roku na rok. Albowiem gdzie Wojewoda siedzi, tam i potrzeby jego dworu są spore, a gdzie potrzeby, tam zlatują się obrotni i zaradni ludzie jak muchy na plaster miodu. Choć tak samo jak muchy, nie zawsze z czystymi intencjami.
Już tedy osiadł pod murem grodowym kowal Radosz i podkowy kuje, i broń naprawia - człek zręczny i rzemiosła swego biegły, choć gdy go kto zapyta skąd przybył i cóż przedtem czynił, milknie nagle i w kowadło ze zdwojoną pilnością wali, jakby mu się śpieszyło. Milczenie to może być oczywiście skromnością człowieka, który nie lubi o sobie prawić. Może też być czymś zupełnie innym. W Warcinie kronikarz nauczył się, że różnica między skromnym rzemieślnikiem a człowiekiem z przeszłością objawia się zazwyczaj dopiero wtedy, gdy jest już za późno, by to czyniło różnicę.
Obok zaś karczmarz Sobiegniew dom postawił, gdzie miód syci i piwo warzy i podróżnym noclegu użycza, i przybyłych wita szerokim uśmiechem człowieka, który szczerze lubi innych ludzi, szczególnie tych z pełną sakiewką. Kwaśne wino sprzedaje w cenie najlepszego frizzante z piwnic władców Torreno, piwo rozcieńcza z precyzją godną hammersztyńskiego inżyniera, a za izby na górze bierze tyle, że niejednemu przyjezdnemu po przeliczeniu wydatków coś pęka - i nie zawsze jest to serce. Prawda atoli, że kiedy srebrem błyśniesz, nakarmią cię i ugoszczą jak samego cesarza - czeladź karczmarska, z której niemała część zdaje się być Sobiegniewowej własnej krwi, obsługuje gości z pilnością wprost zadziwiającą. I z ciekawością równie zadziwiającą. I z pamięcią, która kronikarzowi nieco na myśl przywodzi pewne instytucje, o których lepiej nie pisać wprost.
Kupców zaś i kramarzy przybyło tu niemało, szczególnie teraz, gdy zwabieni zostali uroczystościami zaślubin Wojewody. Nie tylko towarem handlują, ale i wiedzą: gdzie co kupić, gdzie targować warto, kto z przyjezdnych czego szuka - i wszystko to za stosowną opłatą lub przysługę odwzajemnioną. Mówią, że informacja to władza. W Warcinie informacja to przede wszystkim dobry interes, co wychodzi na jedno, tyle że bardziej uczciwie.
A do tego cyrulika osobliwego w grodzie znaleźć można. Ni to medyk, ni weterynarz, a leczy w okolicy i ludzi i bydło, i zęby rwie, i brody strzyże, i przy robocie śpiewa głosem, co go słychać bodaj na dziedzińcu grodowym. Powiada sam, że z Torreno pochodzi, ale kto go tam wie. Sługa pański uniżony miał okazję skorzystać z jego usług w kwestii zęba trzonowego. Ząb wyrwany. Pieśń wysłuchana. Obydwie sprawy traumatyczne, choć z różnych powodów.

Oczywiście w Warcinie, jak w niemal każdym osiedlui Siedmiogrodów, znajdziesz i kapłana Dawnej Wiary wraz z uczniem swoim młodym. Druid tutejszy, człowiek pogodnego oblicza i ducha niezmąconego - co samo w sobie jest osobliwością, jako że kronikarz niewielu zna ludzi, którzy obcując z Bogami na co dzień zachowują pogodę ducha, a nie nabierają przekonania o własnej nieomylności i specjalnym miejscu w boskim planie. Ten najwyraźniej jest wyjątkiem, co czyni go zarówno miłym kompanem jak i człowiekiem podejrzanie rozsądnym jak na kapłana. Uczeń jego z kolei gotów jest rozprawiać o teologii z każdym chętnym, a chętnych w karczmie Sobiegniewowej nie brakuje, szczególnie po trzecim kubku.
Zeszłego tygodnia zaś zawitali do Warcina rybak znad strumienia i myśliwy z leśnego szałasu, każdy ze swoim towarem: jeden z rybami, drugi z dziczyzną i futrem. Sprzedali co mieli prędko, po czym zasiedli w karczmie z miną ludzi, którzy wypełnili swój obowiązek wobec świata i teraz świat jest im winien wyjaśnienia. Siedzą tedy od rana do nocy i obgadują każdego, kto im przed oczy wpadnie - z rozmachem, szczegółowością i znajomością rzeczy, które budzić mogą zarówno podziw jak i pytanie, skąd u licha rybak i myśliwy wiedzą to wszystko o ludziach, których widzą pierwszy raz w życiu.
Na turniej gladiatorski zaś, który urządzono z okazji zaślubin Wojewody, przybyli wojownicy z różnych stron Siedmiogrodów - i nie tylko. Jedni mistrzowie aren z imionami już sławnymi, drudzy młodzi adepci, którym bardziej na zarobku zależy niż na chwale. Każdy z nich nie pogardzi żadnym groszem ni żadną robotą, póki za nią godziwie zapłacą. Niektórzy, jak szepczą znawcy, nie pogardzą też robotą mniej godziwą, jeśli tylko zapłata jest wystarczająco sowita. Turniej turniejem, ale miecz nie pyta o powód, tylko o cenę.

O dworze zaś samego Vistana Srebrnej Włóczni kronikarz pisać musi z należną ostrożnością, jako że co się dzieje za bramą grodową, tego i najtęższa głowa prywatna nie przenika. Wiadomo przeto powszechnie, że przy boku Wojewody stoi Komes - przyjaciel jego i towarzysz jeszcze z czasów ragovarskiej najemnej włóczęgi, człek doświadczony w walce i w mowie dyplomatycznej równie biegły co w szermierce. Praktycznie druga po Vistanie osoba w państwie, choć woli działać w cieniu. Tego rodzaju ludzie zawsze wolą cień. Słońce jest dla tych, którym nie ma czego ukrywać, a Komes ma za sobą zbyt wiele lat w zbyt wielu miejscach, żeby w słońcu czuć się komfortowo.
Drużyna zaś Wojewody Protektora złożona jest z wojowników rozmaitego pochodzenia i rozmaitych talentów. Jest wśród nich medyk kształcony na hammersztyńskich uniwersytetach - człek, który z jednakową wprawą zszywa rany i przystawia bańki, i który na każde pytanie o stan zdrowia pacjenta odpowiada z miną sugerującą, że sytuacja jest pod kontrolą, choć nie wiadomo czyją. Są i tacy, którzy oficjalnie są drużynnikami, a nieoficjalnie… Nieoficjalnie kronikarz się tym nie interesuje. Bo to niezdrowe. Czasem nawet bardzo niezdrowe. A kronikarz jest człowiekiem, który ceni sobie zdrowie i spokojny sen.
A podgrodzie - podgrodzie ostatnimi czasy żyje. I to jak żyje. Kronikarz, który widział już niejedną osadę w różnych stadiach rozwoju, musi przyznać że Warcin w przededniu zaślubin Wojewody przypomina ul, do którego ktoś wrzucił rozgrzany kamień - wszyscy biegają, wszyscy coś robią, wszyscy są bardzo zajęci i nikt dokładnie nie wie czym.
Namioty poselstw wyrosły wokół grodu jak grzyby po jesiennym deszczu - i równie różnorodne w gatunku. Tu barwy Hammersteinu, gdzie uczeni i kupcy dysputują o handlu z miną ludzi, którzy przybyli tu zrobić interes, ale chętnie przy okazji pouczą wszystkich o wyższości swojej cywilizacji. Tam powiewają chorągwie antalijskie, a ich posłowie wychodzą na zewnątrz rzadko i z miną człowieka, który nie jest pewien, czy wszystko wokół jest wystarczająco ortodoksyjne - i na wszelki wypadek zakłada, że nie jest. Obok rozbili namioty wysłannicy Księstwa Wzgórza, którzy wyraźnie szukają przyjaciół i sojuszników, ale robią wszystko, żeby nikt nie posądził ich o to, że ich szukają. Wszędzie zaś chodzą ludzie bez wyraźnych barw i wyraźnych twarzy, którzy nic nie robią w sposób, który każe podejrzewać, że robią bardzo wiele. Kronikarz może i domyśla się skąd przybyli, ale woli tego nie zapisywać - przynajmniej nie tym atramentem i nie na tym pergaminie.
I pośród tego wszystkiego - dzieci. Dzieci wszędzie. Biegają między namiotami poselstw z powagą dyplomatów i bezwzględnością najemników, kradną co się da ze wszystkich straganów po równo i bez względu na narodowość, wdrapują się na pale ogrodzenia ku rozpaczy straży i uciesze gapiów, toczą własne wojny i zawierają własne sojusze, które trwają do następnego posiłku. Nikt ich nie pyta o pozwolenie i nikomu nie przyszłoby do głowy ich zatrzymać - bo też kto przy zdrowych zmysłach próbuje zatrzymać dziecko w biegu, ten szybko pojmuje, że prawa natury są silniejsze niż prawo stanowione.
A to właśnie te dzieci, zdaniem kronikarza, są najlepszym dowodem że Warcin to już nie obóz, nie tymczasowe skupisko namiotów wokół nowego grodu, lecz prawdziwa osada - z korzeniami, które cicho i niepostrzeżenie wrosły w ziemię, kiedy nikt nie patrzył. Bo gdzie biegają dzieci, tam jest dom. Cała reszta - poselstwa, namioty, intrygi, polityka i śluby władców - to tylko sprawy dorosłych, które przemijają. Dzieci zostają.
Myśmy zaś Warcin w jego dzieciństwie widzieli, kiedy jeszcze deski świeżą żywicą ciekły a pale ostrym żelazem ciosano - i dożyliśmy już jego młodości kwitnącej. Gród rośnie, osada rośnie, sekrety się mnożą, a wszyscy udają, że wszystko przebiega dokładnie tak jak zaplanowano. Może i tak jest. Może nie. W każdym razie kronikarz zapisuje co widzi, słyszy i czego się domyśla - i modli się do Dumiel i Vortha, żeby domysły były równie trafne co obserwacje, a obserwacje nie przysporzyły mu kłopotów, których woleć nie znać.
Pozdrawia też on Waszą Wielmożność, którego jako swego nauczyciela i dobrodzieja zawsze we wdzięcznej pamięci mieć będzie. Obyś żył, panie Jaromirze, jeszcze wiele lat, a księgi twe coraz więcej wspaniałych historii ze świata całego zwierały!
Zapisano w Warcinie, roku od założenia grodu trzeciego, przez Bolka, syna Wojsława, kronikarza i pisarza grodowego. Który żyje. Na razie.